ALBANIA + PRZYJACIELE + ROWER = KOLEJNA WYPRAWA ŻYCIA!!!

Jaka była ta wyprawa i czy można napisać coś oryginalnego o 19 już eskapadzie w dalekie strony? Oczywiście była niezwykła!!! Udana wyprawa to ludzie, którzy jadą i ludzie, których się spotyka. Do tego trzeba dodać wspaniałe widoki i bezcenną walkę z własnymi słabościami. Pod wszystkimi względami wyjazd z Koszalina do Albanii wspominam bardzo dobrze.

Dzięki wielu dobrym ludziom, którzy z wielkim entuzjazmem wsparli naszą wyprawę, 8 sierpnia 2015r. wsiedliśmy na nasze rowery (przygotowanie jak zwykle – czyli od 10 lat przez Pana Jana Antkowiaka) i ruszyliśmy po wyznaczonej wcześniej trasie.  Od początku wyprawa nr 19 miała być hołdem wobec Stwórcy pięknego świata. Etapy bez rekordowych odległości ale w zamian z okazją podziwiania najpiękniejszych stron świata. Dodatkowym wyzwaniem było zmierzenie się z nowym wysiłkiem jakim dla niektórych był wyjazd na pierwszą wyprawę, dla innych walka z górami (wyprawa nr 18 była spokojnie płaska). Niezwykła była walka z niepełnosprawnością jednego z uczestników – Orzecha. Wszystko w całości i w szczegółach niesamowite, piękne i niezwykłe!!!

Co jest niezwykle cenne przy tego typu wyzwaniach to dochodzenie do pełnej prawdy o nas samych i o świecie, w którym zwyczajnie przeżywany swoje życie. Czasami ta prawda jest bolesna, czasami wskazuje kierunki pracy nad sobą; zawsze pokazuje jedno co najważniejsze – Bóg stwórca człowieka i całego świata kocha nas bezgranicznie i zaprasza do tego by być szczęśliwym.

Jedną z trudnych prawd było doświadczenie fikcji w działaniu organizacji, które statutowo mają wspierać osoby niepełnosprawne – gdy kilka z nich – działających w Koszalinie, odwiedził Czarek szukając wsparcia w spełnieniu swoich marzeń – spotkał się z kompletnie niczym, zerem i pustką. Takie są fakty! Na szczęście pozostałe fakty były niezwykle szczęśliwe. Czarek mając niezwykłą siłę woli, chart ducha, dobry choć nietypowy rower i wsparcie ludzi życzliwych – zrealizował swoje marzenie – dojechał rowerem nad Adriatyk.

Każdy z uczestników pewnie dziś po swojemu wspomina przebytą drogę, wiem że wielu pozwoliła ona jeszcze silniej stanąć na swoje życiowe nogi. Oczywiście wcześniej te zwykłe nogi musiały się sporo namęczyć. Ale nie samą jazdą wyprawa stoi. Po drodze były też wspaniałe miejsca, które mieliśmy okazję odwiedzić. Spacer po Wrocławiu, wieczór w Brnie, wspaniały pobyt w Wiedniu i Lublianie u zaprzyjaźnionych sióstr Franciszkanek Misjonarek Maryi. Rijeka, Split, Dubrownik – te nazwy mówią same za siebie.  Gościna u dobrego znajomego ks. Darka w Kotorze – Muo i świętowana Noc Zatoki. Wreszcie niezwykle ciekawy pobyt w Tiranie i opowieść o Albanii ks. Wojciecha. Pewnie nie da się tego nigdy do końca pokazać, opisać i opowiedzieć. Po części jednak można poczuć się w centrum wspomnianego wydarzenia czytając wspomnienia uczestników, oglądając prezentację zdjęć i słuchając audycje nagrane przez Radio Koszalin – szczególnie polecam relacje nagrywane na żywo w czasie trwania wyprawy do Albanii.

 

Do Tirany o własnych nogach i rowerach dotarli:

– Katarzyna Derda (Koszalin)

– Cezary Orzechowski (Będzino)

– Adam Zalewski (Nasielsk)

– Grzegorz Szumilas (Koszalin)

– Sebastian Szulęcki (Nasielsk)

– Michał Dziduch (Koszalin)

– Jakub Świątek (Koszalin)

– Bartosz Liptak (Białogard)

– Dariusz Pszczoła (Białogard)

– ks. Mariusz Ambroziewicz (Kołobrzeg)

 

159

Katarzyna Derda

Jakbym miała w skrócie opowiedzieć, co było najlepsze na tej wyprawie a co najgorsze, to byłoby ciężko. Ogólnie rzecz ujmując, było wiele pozytywnych momentów i ciężko wybrać, który z nich był najlepszy. Jednak jednoznacznie mogę wskazać mój najgorszy etap.

Na hasło „wyprawa rowerowa do Albanii” każdy reagował tak samo, ogromne zdziwienie i niedowierzanie w oczach. Istne  wariactwo, kto się podejmuje takich rzeczy? Uważali, że żartuję, że to jakiś dowcip, ale gdy wspominałam swoje zeszłoroczne 1600 km do Londynu, to zaczynali zmieniać zdanie i następowała wówczas faza podziwu i zachwytu, że jednak coś takiego się robi w wakacje.

W tym roku już nie słyszałam słów „Nie dojedziesz”, było raczej „Dasz radę”. To było budujące, choć na przekór, ja uważałam inaczej. Wiedziałam już jak to wygląda i co mnie czeka, wiedziałam, że będzie ciężko i 100km przejechane przed wyprawą to stanowczo za mało. Zrobiłam trochę więcej – aż 600km! To nie był cel jaki chciałam osiągnąć, ale pocieszałam się faktem, że w międzyczasie chodziłam na basen, a wcześniej biegałam, więc jakoś byłam przygotowana na ciężką jazdę.

Najbardziej obawiałam się, że jak będę musiała  wsiąść do busa, to dlatego, że wysiądą mi kolana i dalej już nie pojadę. Ku mojemu zdziwieniu, kolana trzymały się całkiem nieźle, ale i tak wylądowałam na 3 dni w aucie. To były najgorsze trzy dni mojej wyprawy.

Dziwne jest uczucie, gdy spełniają się nasze przeczucia. Podobno złe myśli przyciągają złe rzeczy, a to był dzień, który nie zapowiadał się optymistycznie. Brak słońca i fala deszczu rozwiewały pozytywne myśli.

Wyjeżdżaliśmy wówczas z Lubljany. Parę kilometrów dalej leżałam przemoczona na trawie. Miałam wypadek. Długo nie przyjmowałam do myśli, co się właściwie stało, chciałam od razu wsiadać na rower i jechać, jednak decyzja ogółu była inna. Wysłali mnie do szpitala, nie było żadnej opcji, by móc się sprzeciwić dziesięciu facetom. Każdy chciał pomóc. Było widać, że się tym przejęli. Tak więc obolała trafiłam pod oko słoweńskich specjalistów, którzy dokładnie obejrzeli moją rękę, poczym wsadzili mi ją w szynę – nie była złamana, lecz bardzo nadwyrężona. W zaleceniach było, by nie wsiadać na rower do momentu, aż przestanie boleć. Zabrzmiało to jak wyrok śmierci.

Tak rozpoczęłam 3 dni jazdy  busie. Byłam zła, a jednocześnie bardzo zmęczona. Wszystko mnie bolało. Zrezygnowana taką jazdą przesypiałam całe dnie. Czułam się bezużyteczna. Bez prawej ręki wiele zrobić sama nie mogłam. Ani pomóc przy kanapkach, ani nalać picia, czy nawet rozłożyć koc. Musiałam jednak jakoś funkcjonować i wyglądać, i tu mogę pochwalić chłopaków, bo potrafili nawet mnie uczesać!

Z jednej strony chciałam już wsiąść na rower i dołączyć do grupy, a z drugiej była brzydka pogoda. Miałam nadzieję, że jak miniemy Alpy i wjedziemy do Chorwacji, to będzie ciepło, słońce… a tam deszcz! Ale trzy dni były dla mnie wystarczające. Musiałam wsiąść już na rower i zacząć się ruszać, bo bym zwariowała. No i w ten sposób czwartego dnia wyruszyłam w trasę razem z chłopakami. Ręka nadal bolała, ale zacisnęłam zęby i jechałam dalej. Potrzebowałam trochę kilometrów, żeby się rozkręcić.  Na podjazdach łapałam oddech, by na zjazdach móc się dobrze rozpędzić. Tego dnia pobiłam swoją maksymalną prędkość i osiągnęłam 73km/h! Według niektórych opinii, trochę przesadziłam tego dnia. Powinnam się bardziej oszczędzać, a ja poszłam na maksa. Fakt, faktem bolało mnie dosłownie wszystko, ze szczególnym naciskiem na kolana i uszkodzoną rękę.

Tego dnia mieliśmy spać w Bośni i Hercegowinie, ale mieliśmy tak dobry czas, że postanowiliśmy jechać dalej. Stwierdziliśmy, że śpimy na plaży. To było najpiękniejsze zakończenie tego dnia. Opłaciło się wszystko. Cały trud, ból i zmęczenie został wynagrodzony ciepłym morzem, szeroką plażą z nagrzanymi kamieniami, pięknym zachodem księżyca i milionami gwiazd. Widok niesamowity! Rozstawiliśmy namioty, jednak jednogłośnie uznaliśmy, że szkoda takiego nieba, by spać w namiocie. Relaksując się przy cichym szumie morza, podziwiałam jak spadają gwiazdy. Byłam zmęczona, ale nie chciałam spać. Ta noc była zbyt piękna, by ją przespać.

Koło drugiej w nocy, wzmógł się silny wiatr. Kątem oka widziałam, że ksiądz Mariusz nie śpi, usiadł. Coś się stało. Obudził się Darek. I nagle słyszę „Ukradli nam namiot!”, chwilę później dostrzegliśmy go pływającego w morzu. Nastąpiła szybka akcja ratunkowa. Było zimno, a ja pierwszy raz widziałam, jak Pszczoła szybko wskakuje do wody. Wzięłam latarkę, stanęłam na brzegu i świeciłam niczym latarnia morska. Po długiej ewakuacji namiotu z morza, misja została zakończona sukcesem.

To był szalony dzień, jeden z takich, który będę długo wspominać. Mimo wielu trudności i zmagań, dostaliśmy taki piękny prezent na koniec dnia. Nocleg z najlepszym widokiem. Czasem jak zamykam oczy, to widzę te migające gwiazdy, księżyc, który chowa się za wyspami… Aż chce się tam wrócić i przeżyć to jeszcze raz.

 

190

Wspomnienia wyprawa do Albanii Bartosz Liptak

Była to moja  4 wyprawa, druga na południe Europy. Za pierwszym razem byłem na północy Europy było zimno, za drugim też na południu było ciepło i zdecydowanie cieplejsza temperatura jest lepsza do jazdy na rowerze, szczególnie na kolarzówce. Dlatego na moją 4 wyprawę jechałem z przeświadczeniem, że porządnie się wygrzeje J i było różnie. W sumie najcięższe etapy były w deszczu, kiedy było zimno, padał deszcz a trzeba było pokonywać kolejne kilometry. Tak właśnie nas przywitały Słowenia oraz Chorwacja, kraje w których jest cieplej niż w Polsce. Gdzie Polscy turyści jadą na tak zwaną pewną pogodę. My mieliśmy takie szczęście, że właśnie te górzyste rejony Słoweńskich Alp przywitały nas deszczem, zimnem oraz trąbiącymi kierowcami, którzy zachowywali się jakby jechali na wesele :D, ale udało nam się przetrwać trudności i w myśl przysłowia po burzy zawsze wychodzi słońce, po morderczym etapie w deszczu to słońce wyszło. W miejscowości Rijeka, po wjeździe na górę z której było widać cały Adriatyk wyszło słońce a wraz z nim piękna kolorowa tęcza, która wyglądała jakby wychodziła z morza. Takiego widoku nigdy nie widziałem, dla takich chwil warto się męczyć i pokonywać słabości, pracować nad sobą i uczyć się pokory, bo bez pokory  dla siebie i swoich umiejętności pokonać takie etapu się nie da. Przekonał już się o tym nie jeden kolarz.

2 Lata temu jechaliśmy rowerami do Gruzji. Była to trochę zabójcza wyprawa bo było bardzo dużo kilometrów, trasa była przez 80% mało atrakcyjna, jechaliśmy przez pola i zniszczone wschodnie miasta. Na tej wyprawie sytuacja odwróciła się diametralnie, trasa była fantastyczna pod względem atrakcyjności, były etapy, których nie chciało się kończyć, ponieważ widoki były takie wspaniałe. Lecz dla osób, które były w 2012 roku w Czarnogórze takim małym celem tej wyprawy był powrót  do niesamowitego miejsca, do Kotoru i powrotu do bardzo gościnnego księdza z Polski. Po przyjeździe nad zatokę kotorską były dwa dni wolnego, to było dla mnie nowe doświadczenie, ponieważ nie miałem jeszcze na żadnej wyprawie tak długiej przerwy od roweru. Obawą była przede wszystkim motywacja, po wyjeździe z tak pięknego miejsca, człowiek nie wiedział czy zobaczy coś jeszcze piękniejszego niż Kotor. Albania na pewno nie była ładniejsza, ale posiadała inne walory. Przede wszystkim świetne jedzenie,  piękne piaszczyste plaże oraz gościnność gospodarza sprawiła, że będę wspominał bardzo pozytywnie to miejsce i na pewno chciałbym tam jeszcze kiedyś wrócić tak samo jak do Kotoru 🙂

 

207

Grzegorz Szumilas

Było tak wiele ciekawych rzeczy na wyprawie, że trudno wybrać 🙂 Na pewno na zawsze zapamiętam te widoki po drodze, czyli góry i jednocześnie morze, coś pięknego. Pogoda nam dopisywała, choć deszcz podczas naszej jazdy przez Chorwacje niemiło zaskakiwał. Super przygoda, możliwość poznania kultury innych krajów, dostrzeże jak bardzo się w wielu rzeczach różnimy, mam tu na myśli lenistwo południowców, widoczna biedę i egzotykę w niektórych krajach, daje to człowiekowi wiele do myślenia.
Pot na czole szczególnie było czuć na podjazdach, ale opłacało się, bo po górkach były zjazdy, a wtedy prędkość znacznie wzrastała, co bardzo lubię. Mieliśmy kilka przygód komunikacyjnych, ale na szczęście nic złego się nikomu nie stało 🙂 Doświadczyć mogliśmy dobroduszności ludzi, mam tu na myśli zapewnienie miejsca do spania i poczęstunku jakim byliśmy goszczeni w Polsce oraz u sióstr w Austrii. Choć noclegi te będziemy milo wspominać to jednogłośnie stwierdziliśmy, ze najlepszy był pełen przygód nocleg na plaży w Chorwacji 🙂 Wspomnień jest mnóstwo, ale nie sposób tego wszystkiego opisać ;).

 

364

Jakub Świątek

Była to moja druga wyprawa z ks. Mariuszem, tym razem mieliśmy odwiedzić Albanię na rowerach, ale zanim to nastąpiło musieliśmy pokonać Alpy. Było to nie lada wyzwanie dla mnie, osoby która nie miała jak się przygotować do wyprawy gdyż pracowała, jedyne co podczas wyprawy przez Czechy, Austrię, Słowenię, Chorwację, Bośnię, Czarnogórę i na końcu Albanię była intencja w mojej głowie, zawsze sobie powtarzam że wszystko siedzi właśnie w niej i odpowiednio zmotywowana może doprowadzić do sukcesu, tak i tym razem było, bywały odcinki że tak powiem trudne i bardziej trudne ale z intencją i codziennym Słowem Bożym na spokojnie można było przejechać trasę, niektórzy z uczestników wręcz mówili ze śmiechem (pozytywnym) że cała krew odpływa mi z głowy do nóg 😀 ponieważ cały czas kręciłem, były takie momenty na wyprawie że nie chciało się jechać dalej nie z tego powodu że było ciężko a po prostu był niecodzienny widok, góry, morze, słońce i tutaj warto wspomnieć oczywiście o NAJLEPSZYM NOCLEGU który był na plaży, cudny widok, w nocy gdzie temperatura sięgała dobrych 30 stopni, zero chmur na niebie, droga mleczna a co za tym idzie pełno gwiazd i jasny księżyc który odbijał się od spokojnego morza a przy tym ukazywał zarysy gór, TAKA PRZYGODA zostaje na całe życie w pamięci i nie da się tego tak po prostu wyrzucić z głowy, zostaje to na całe życie, ogólnie wyprawę zaliczam do tej najlepszej jak na razie w porównaniu do Gruzji i każdemu polecam wspólny wypad ze znajomymi w południowe strony świata 🙂 MEGA PRZYGODA z MEGA LUDŹMI, nic tylko wsiąść na rower i pedałować 😀

 

236

Michał Dziduch

Tego roczna wyprawa, była o wiele bardziej wymagająca niż poprzednia, co jeszcze bardziej motywowało by się na nią wybrać. Oprócz dużego wysiłku oferowała także piękne widoki i niezapomniane przeżycia. Czasem widzieliśmy piękno jakie uformowała natura, a czasem niszczący wpływ człowieka. Chodź byliśmy przygotowani na jazdę w upalnym Słońcu i wysokiej temperaturze, to i deszczowych dni nie zabrakło, szczególnie w Chorwacji, co było dla nas przykrym zaskoczeniem. Jednak z każdym przejechanym kilometrem czuliśmy, że jesteśmy coraz bliżej celu, co jeszcze bardziej motywowało do jazdy. Jadąc na takiej wyprawie człowiek czuje się wolny i niezależny, jednak z drugiej strony czuje spoczywającą na nim odpowiedzialność, jest się daleko od domu i polegać można tylko na sobie i towarzyszach którzy jadą razem z Tobą. Cieszę się, że udało nam się dojechać bez większych problemów. Jeśli chodzi o Albanię, jest to kraj wielu osobliwości. Jadąc tam z jednej strony trzeba mieć nerwy ze stali, z drugiej do wszystkiego podchodzić z przymrużeniem oka. Warto na pewno zobaczyć ten kraj z każdej strony, nie tylko z „mądrych” przewodników.
Jeśli ktoś myśli o takiej wyprawie w przyszłości gorąco zachęcam. Jest to na prawdę ogromne przeżycie. Jadąc na rowerze widzimy o wiele więcej, niż patrząc przez szybę samochodu czy autokaru. A do tego satysfakcja, że dowiozły nasze własne nogi 😉

Te wakacje uważam za udane ^^

 

W wyprawie do Albanii wsparli nas:

– KOSZALIŃSKI KATEDRALNY KLUB SPORTOWY

– CARITAS diecezji koszalińsko – kołobrzeskiej

– parafia katedralna

– Jan Ambroziewicz

– Marcin i Kuba Więckowscy

– Jan Antkowiak i firma ROWERY ANTKOWIAK

– Roman Synowski i firma WINDHUNTER

– Jaromir Kaczanowski i firma FUHRMANN

– Sławomir Bagiński

– Wojciech Choszcz

– Joanna Wilczek

– RADIO KOSZALIN

– CENTRALA ZAOPATRZENIA ENERGETYKI

– Sławomir Małecki i Ireneusz Mikucki oraz firma SIMBHP

– DGM PALIWO

– pewna Pani DOKTOR

– Apteka Pani Lidii Osipowicz

– apteka Pana Witolda Kempińskiego

 

DZIĘKUJEMY!!! BEZ WAS PEWNIE BYŚMY NIE ZDOBYLI TIRANY!!!

A DOKĄD POJEDZIEMY JUŻ W LIPCU 2016 r.?

ŚLEDŹ OGŁOSZENIA NA WWW.KKKS.PL

 

337

• Podziel się przez:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blogger.com
  • Blip
  • Twitter
  • LinkedIn
  • Tumblr
  • email
  • Drukuj

One Response to ALBANIA + PRZYJACIELE + ROWER = KOLEJNA WYPRAWA ŻYCIA!!!

  1. Fantastyczna wyprawa rowerowa Gratulacje!!! za osiągnięcie celu oraz podziękowania dla sponsorów wspierających wyprawę do Albanii.