LONDYN ZDOBYTY – ROWEREM Z PRAWEJ DO LEWEJ (STRONY)

Gdy już wielu śledzi prognozy pogody wypatrując opadów śniegu i planuje zimowe eskapady, warto wspomnieć to co było przygodą minionych letnich wakacji.  Na wspomnienia czas najwyższy, bo gdy wspomniany śnieg stopnieje i narty wrócą do serwisu trzeba będzie rozpocząć przygotowania do wyprawy nr 19.

18 stka była chwilowym powrotem do kierunków zachodnich. Pomysł na Londyn jako nowy cel, tradycyjnie narodził się w czasie zwiedzania i wypoczynku w miejscu ostatnie mety czyli w Tbilisi. Młodzież wraz z ks. Bartkiem bardzo odczuła trudy i wysoką temperaturę poprzedniego wyjazdu i zapragnęli powrotu do nieco bardziej przewidywalnej cywilizacji. Ogromnym atutem pomysłu Londyn był fakt że właśnie tam mieszka Iza – wyjątkowa uczestniczka rowerowych wypraw. Oczywiście bardzo ucieszyła się na nasz pomysł, że odwiedzimy Ją w Londyne i oczywiście, że wybierzemy się tam na rowerach.

5

7 lipca po tradycyjnych przygotowaniach wystartowaliśmy. Oczywiście na dobry początek z Mszą Świętą i błogosławieństwem uczestników oraz poświęceniem naszych rowerów. Pierwsza meta była jeszcze w Polsce, a dokładnie w Stargardzie Szczecińskim w gościnnym domu państwa Paczyńskich. Darek pamiętał niezwykłą gościnność „Paczyniaków” z wyprawy w 2006 roku, pozostali mieli okazję się o tym przekonać. Następnego dnia wzmocnieni konkretnym przyjęciem i odprowadzeni w eskorcie „Cegły” ruszyliśmy dalej. Niestety dzień rozpoczął się od smutnego akcentu – Mateusz jeden z naszej ekipy poddał się i wycofał z dalszej jazdy. Brak właściwego przygotowania organizmu, i głowa, która nie chciała już jechać i stało się. Po raz pierwszy ktoś pękł tak, że nie nawiązał walki z własnymi słabościami. Biorąc pod uwagę, że dzień przed wyprawą ze względów zdrowotnych wycofał się ks. Bartek a Marek i Tomek w pierwszym etapie tak tylko się przejechali, to zostało nas na rowerach zaledwie sześć osób – katastrofa. Przez chwilę myślałem, że to koniec moich wypraw w świat – bo młodzież już nie ma siły i niezdolna do walki. Na szczęście Marek (jeden z braci, którzy nas odprowadzali do Stargardu) po krótkiej telefonicznej rozmowie dał się namówić na udział w podboju Londynu. Z początku nie jechał bo przecież na koniec miesiąca miał wraz z bratem rowerami zdobyć Rzym. Jednak zapakował na rower swoje rzeczy, wsiadł w pociąg i….. No właśnie myśleliśmy, że z Koszalina kupi bilet do jakiegoś niemieckiego miasteczka na naszej trasie, a tymczasem wysiadł w Stargardzie i całą noc nas gonił (200km), o 6.00 byliśmy w komplecie. Wiara w młodzież znów powróciła – z takimi ludźmi mogę jeździć całe życie!!!

41

Pierwsze sześć dni to etap z Koszalina do Amsterdamu. Spokojne niemieckie dróżki, rzeczne promy i niezwykłe klimaty małych miejscowości z dala od wielkiej sieci autostrad. W pamięci pewnie utkwi nam spacer po holenderskim Enshede i nocleg u mamy Oskara. Super jest mieć znajomych na całym świecie!!!

74

Niestety dzień, w którym mieliśmy zdobyć Amsterdam był dla nas bardzo trudny. Było to z dwóch powodów: holenderskie ścieżki rowerowe (super dla pojedynczych, spokojnych turystów) i fakt, że zbliżając się do Amsterdamu nie mieliśmy gdzie pojechać (brak mety). Ale Pan Bóg faktycznie się nami opiekował!!! Już prawie zrezygnowany po obdzwonieniu kolejnych potencjalnych noclegów, zadzwoniłem do pana Jana Antkowiaka, tak to właśnie ten, który od wielu lat przygotowuje nam niezawodne rowery (polecam link kontaktowy na www.kkks.pl) i …. I po godzince wiedzieliśmy, że pod Amsterdamem mieszka i trenuje kolarstwo Jarek i ten gość sam nas znajdzie na trasie – CUD. Ostatnie kilometry pomimo zmęczenia i wiatru przejechaliśmy bardzo sprawnie – Jarek, który faktycznie nas znalazł jadąc po nas i z nami wyskoczył na trening przed niedzielnym wyścigiem. A potem to już „raj na ziemi” w domu Jarka i Edyty: gościna, mundial, domowe przysmaki i jak u siebie w domu. Była tez okazja poznać trochę tajniki profesjonalnego treningu i porozmawiać o rowerach z gościem pozytywnie zakręconym kolarstwem.

130

Amsterdam – trzeba pojechać i zobaczyć… myślę, że jest wiele piękniejszych miast. Jak już tam będziecie koniecznie odwiedzajcie sklepy z serami i lodziarnię z lodami śmietankowymi (rewelacja)

102

Kolejny dzień to następna walka na śmiesznych rowerowych ścieżkach (fatalne skutki dla średniej dziennej) i zdobycie Brukseli. Tak jak w ubiegłej wyprawie brakowało dni wolnych, to tym razem było ich jakby za dużo. Jeden dzień jazdy i znów zamiast na rowerach to my na nogach, od tego chodzenia to tylko te nogi bolą!!! A le tak poważnie to Bruksela – ładne miasto – polecamy! (ja zapamiętam że właśnie tam stłukłem mój ulubiony obiektyw).

146

Po Brukseli to już prawie nie było co jechać. Jeden dzień do Dunkierki gdzie polski ksiądz znów przypomniał nam polska gościnność. Rzadko się to zdarza, ale nie byliśmy w stanie zjeść przygotowanej gościny – ogrom! Następnego ranka akcja prom i ostatnie kilometry trasy. Z odległości patrząc – spacer tylko jedno … nie po tej stronie co trzeba. Każdy kto z prawostronnego ruchu przeszedł na ruch lewostronny wie, że nie jest to łatwe i przyjemne. Zapewniam, że wrażenie z tej operacji w samochodzie to „pikuś”, rowerem katastrofa. Jak obrócić głowę w prawą stronę, gdy przez całe życie było w lewo? Na szczęście już w Dover czekał na nas Kamil – weteran naszych wypraw, oczywiście czekał na rowerze i był naszym mózgiem w tym lewym świecie.

196

Ok 15 byliśmy już u celu. Celem był oczywiście Londyn a konkretnie dom Izy i Emanuela. I znów byliśmy w domu, kolejny „raj na ziemi”. Trzy dni zwiedzania, wspólnych opowieści i gościny. Oczywiście kto to Iza – to kolejny wychowanek rowerowych wypraw, a konkretnie do Afryki (1997) i do Aten (1999). Podjęła nas pewnie lepiej niż królowa angielska, zwyczajnie wspominając swoje wyprawy doskonale wiedziała co i kiedy powodowało nasz uśmiech.

218

No ale jak to bywa w życiu, wszystko co dobre kiedyś się kończy, najczęściej zbyt wcześnie!!! Ale jak to u nas bywa to kończy się by myśleć o następnym, a będzie tym A……(zobacz na końcu prezentacji z Bitwy o Anglie, oczywiście na www.kkks.pl – zakładka wyprawy). Do zobaczenia! Kto rusza z nami???

324

Wyprawa do Londynu była już moją 7 taką rowerową przygodą! Pomysł, aby zdobyć stolicę największego wyspiarskiego państwa Europy tlił się nam od kilku lat. Jednak zawsze zniechęcała nas zachodnia mentalność ludzi, niesprzyjająca wyspiarska pogoda i przede wszystkim cena. Jednak dłużej nie mogliśmy nie brać tego kierunku pod uwagę i postanowiliśmy wyruszyć w tę właśnie stronę naszego kontynentu. Po ustaleniu trasy wyjazd nie wydawał się zbytnio trudny, lecz nie wydaje mi się, żeby ta wyprawa była łatwa. Nie była tak trudna jak inne, lecz różniła się nieco od poprzednich, w których uczestniczyłem. Po pierwsze nigdy na rowerowym siodełku nie doświadczyłem tyle deszczu, nigdy nie przejechałem tylu kilometrów po ścieżkach rowerowych i nigdy w życiu nie widziałem, żeby trzynastolatek tak dobrze sobie radził z tyloma kilometrami do przejechania (wielkie brawa dla Mateusza!). Wyprawa też wpłynęła na moją ocenę zachodnich państw i ich społeczeństwa. Nie przypominam sobie, żeby na którejkolwiek wyprawie udawało nam się mieć takie fantastyczne noclegi, jak w tym roku, gdzie gospodarze rozpieszczali nas takimi świetnymi sprawami jak dostęp do pralki, czy pyszny domowy obiad! Szczególnie chciałbym podziękować Jarkowi i jego narzeczonej, który przyjął nas do swojego domu wiedząc o nas tylko tyle, że mamy wspólnego znajomego w Polsce. Jestem też bardzo zadowolony, że w tym roku obyło się bez jakichś niebezpieczniejszych zdarzeń na drodze i wszyscy bezpiecznie dotarli do naszego celu. Już dawno nie było tak fantastycznego finału naszych wypraw, jak w tym roku. Iza i jej gościnność przerosła nasze najśmielsze oczekiwania!

Mimo wielu wątpliwości i problemów związanych z rozpoczęciem tej wyprawy uważam, że był to strzał w dziesiątkę! W tym miejscu chciałbym serdecznie podziękować księdzu Mariuszowi, za umożliwienie mi udziału w tym projekcie. Mam nadzieję, że do zobaczenia za rok!

Dariusz Pszczoła

117

Moje odczucia po wyprawie rowerowej do Londynu :

7 Lipca (1 dzień wyprawy) rano czułem ,że wszystko mnie boli i gdy myślałem o tym że za parę godzin mam przejechać 150 km robiło mi się nie dobrze. Około godziny 7-8 gdy wsiedliśmy na rower jechało mi się dobrze, pierwszy dzień minął bez problemów. Lecz gdy na drugi dzień kolega Mateusz powiadomił nas, że wraca do domu złapałem lekkiego doła. Po 30 km powiedziałem Ks. Mariuszowi, że nie mam siły i wsiadłem do busa, w busie siedziałem do obiadu czyli jakieś 80 km. Lecz obiecałem Księdzu, że po obiedzie znów wsiądę na rower i właśnie tak zrobiłem o 21 byliśmy 5 km przed miejscowością w której mieliśmy mieć nocleg zobaczyliśmy rzeczkę na której rozbiliśmy namioty.

Trzeciego dnia mieliśmy do przejechania 220 km po 30 km złapałem zadyszkę lecz po śniadaniu jechało mi się bardzo dobrze i co ważne przejechałem tego dnia 30 km  w pierwszej parze. I Tak do Londynu. Wyprawa bardzo mi się podobała i myślę, że za rok też pojadę. Z wyprawy wróciliśmy 22 a 23 lipca miałem pierwszy trening w wakacje i czuje że wydolność skoczyła mi trzykrotnie .

– Mateusz Trejder

197

Była to pierwsza tego typu wyprawa w moim życiu. Nie sądziłem, że kiedykolwiek wybiorę się w tak daleką trasę na rowerze. Gdy zaczynałem przygotowania nie wiedziałem od czego zacząć, jak się przygotować. Wtedy Ks. Mariusz wybrał się ze mną na jeden trening i zwrócił mi uwagę co powinienem poprawić w swojej jeździe. Kolejne treningi po owocnej lekcji przychodziły już z łatwością. Sama wyprawa mile mnie zaskoczyła. Dobrze się przygotowałem, jechałem bez większych problemów. Trochę krwi zepsuła
nam Holandia, gdzie ścieżki rowerowe to istny labirynt. Widok morderczego przejazdu przez ten kraj zmienili Jarek i Edyta, którzy jedynie słysząc o naszej wyprawie bez wahania przyjęli nas pod swój dach. Przez parę chwil mogliśmy naprawdę poczuć się jak w domu. Kolejnego domowego ciepła mogliśmy zaznać u Pani Izy i Emanuela w Londynie, a także odwiedzić wiele Ciekawych miejsc, po których Pani Iza nas oprowadziła. Przez całą wyprawę każdy zaliczył kilka wzlotów i upadków. Ja na szczęście
dojechałem bez żadnej poważnej kontuzji czy uszkodzenia roweru. Jadąc na rowerze tak daleko wiesz, że to twoje własne nogi Cię zawiozły.
Dla takiego uczucia i takich wspomnień warto jechać!

Michał Dziduch

194

17.07.2014 Londyn

To już był praktycznie koniec wyprawy. Ostatni dzień naszego
pedałowania. Kierunek – Londyn.
Było niespodziewanie gorąco jak na Anglię. Mnóstwo dzikich podjazdów i
zjazdów, które często kończyły się rondem, albo skrzyżowaniem ze
światłami, a do tego zmiana kierunku jazdy! „Dlaczego mój bus wyprzedza
mnie z prawej strony?!” – można było od tego dostać zawrotów głowy.
Mnie niestety one dopadły na podjazdach. Wysoka temperatura, bolące
kolana, oraz brak wcześniejszego przygotowania i jedynie wiara we
własne możliwości…
Pierwszy raz, z powodu tak dużego wysiłku zrobiło mi się słabo.
Musiałam przestać na chwilę i wyrównać oddech, ale dalej jechać już
nie dałam rady. To była jedna z moich porażek. Kiepsko jest czuć się w
czymś słabym, ale jednak w mych słabościach miałam silne oparcie w
gronie męskich towarzyszów. Mimo jakiś drobnych docinek, zmęczenia i
kiepskich humorów na trasie, w ciężkich chwilach potrafili pomóc i
wesprzeć swą siłą, czynem, czy słowem.
Czułam się z nimi naprawdę dobrze. Wiedziałam, że mogę na nich
polegać. Za taką grupką wariatów mogłabym pojechać wszędzie, może i
nawet za rok do Albanii.

Katarzyna Derda

198

Wsparli nas bardzo:

– AKADEMIA WIATRU – WINDHUNTER z Koszalina

– Browar FUHRMAN z Połczyna Zdroju

– KOSZALIŃSKI KATEDRALNY KLUB SPORTOWY

– MARZENA TREJDER – ubezpieczenia

– JAN ANTKOWIAK – rowery

– MARCIN WIĘCKOWSKI – Słupsk (logistyka)

– tajemnicza PANI DOKTOR – z Koszalina

– PHFARMA NORD

– Wielkopolska Wytwórnia Żywności PROFI

– apteka MEDUZA ze Sławoborza

– apteka z Kołobrzegu

– M – HURT

– VICTORIA CYMES

– RADIO KOSZALIN

– MŁODZIEŻOWY OŚRODEK ADAPTACJI SPOŁECZNEJ w Koszalinie

 

ZAPROSZENIE DO POCZYTANIA – kliknij aby przeczytać…

• Podziel się przez:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blogger.com
  • Blip
  • Twitter
  • LinkedIn
  • Tumblr
  • email
  • Drukuj